2017/10/08

Not everything is depressed


Hello blogosphere!


Nie przepadam za jesienią. Szaro na dworze, pada deszcz, jest zimno. ZIMNO! Rzadko można spotkać tę "złotą jesień", kiedy jest pięknie, świeci słońce, a liście mają te przecudowne barwy. Po prostu ta pora roku = chandra = przygnębienie.
Dziś, gdy w końcu chwilowe słońce zmusiło mnie do ubrania się i wyjścia na dwór, uświadomiłam sobie, że nie wszystko daje się jesieni - trawa jest jeszcze zielona, liście na drzewach wciąż się trzymają, a kwiaty jeszcze mają płatki. Byłam w szoku, ale sobie pomyślałam: tak trzymać! Pójdę waszym śladem! Oh yeah! Nie usłyszałam tylko oklasków.
Prawda jest taka, że taka ponurość za oknem przygnębia. Chwila, może inaczej: zimno i deszcz za oknem przygnębia, ponurość raczej wprowadza w miły nastrój, gdy możemy usiąść sobie z kubkiem gorącej czekolady, napisać post na bloga, obejrzeć serial lub poczytać książkę. Chociaż szarość nie sprzyja robieniu zdjęć. Jak wykonać te przepiękne, pełne barw jesienne fotografie, gdy po prostu nie ma kolorów?! impossible



Tak samo jak natura nie daje się przygnębić, ja też się nie dam. Ta pora roku zawsze mnie przybijała, ponieważ:
a) nie lubię zimna
b) lubię spędzać czas na dworze
c) z tego co zauważyłam, coraz łatwiej wpędzić mnie w kiepski nastrój
d) jesień nie sprzyja aktywności na dworze (punkt a!)
e) robi się wcześnie ciemno

Same minusy, prawda? Nie chciałabym wciąż patrzeć na świat tak negatywnie (coś się stało z moją pozytywnością, ktoś może ją znalazł?), więc od dziś/jutra zaczynam szukanie w jesieni chociaż najmniejszych plusów. Może rozwinie się to bardziej i wpłynie na moje postrzeganie świata, bo, tak jak wspomniałam, coraz więcej we mnie negatywnego nastawienia. Będę z tym walczyć. Wewnętrzna walka się zaczyna. Go!




Kto jest ze mną?

instagram | snap: nusia75 | weheartit

2017/09/09

Sporo się zmieniło. Jestem w liceum?

Salut!
Mój ostatni tydzień wakacji był szalony i przepełniony ludźmi, których kocham. Tymczasem nadszedł 1 września (nie, to nie błąd) i "integracja z klasą", wyjazd do Senatu. Tak naprawdę nie chciałam żegnać się z moimi przyjaciółkami, z którymi byłyśmy (mam nadzieję, że wciąż będziemy) naprawdę nierozłączne, ale nadszedł czas, gdy było to konieczne. Każda z nas poszła w mury innej szkoły, w inne otoczenie, gdzie nikogo nie zna. Fajnie? Nie wiem.


Od początku towarzyszyło mi dziwne uczucie, miałam wrażenie, że sobie nie poradzę. No ale cóż, nadeszła niedziela, pakowanie toreb i wyjazd do internatu. Tak, internatu. Totalnie nie miałam pojęcia, co ze sobą zabrać! I w sumie wyszło tego naprawdę dużo, ale raczej mniej, niż miały moje współlokatorki. Od razu na wejściu poznałam Przekręta (nie używam imion, pamiętacie?), ale okazało się, że zapomniałam koszuli, kołdry, poduszki... Musiałam jechać po koszulę, na szczęście BFF mojej siostrzyczki mi pożyczyła! I kupić kołdrę, eh. Kiedy wróciłam, okazało się, że jest już moja druga współlokatorka - Śpioszek, z którym chodzę do klasy.


Po pierwszym tygodniu szkoły mogę stwierdzić, że jesteśmy podzieleni. Doris opowiadała mi, że jej klasa trzyma się razem i nikt nie stoi samotny. Cóż, u mnie takie coś nie przechodzi. Żałuję bardzo.
Na razie przerwy to bieganie i szukanie sal, więc czasu na rozmowę zostaje niewiele, tym bardziej na szukanie osób z innych klas, które zdążyłam poznać. Zauważyłam, że nie mam oporów przed poznawaniem kogokolwiek. Chyba oprócz mojej klasy, która aktualnie wydaje mi się po prostu obca. W szkole bardzo brakuje mi moich przyjaciółek, później wracam do internatu i znów zaczyna się ta lepsza część dnia, bo to po prostu zupełnie inne życie niż w szkole. Dwa światy. Na razie ciężko mi się wbić w rytm dnia, znaleźć czas na zrobienie czegokolwiek, czuję, że mam mało czasu na kontakt z przyjaciółmi z gimnazjum. W internacie nie ma zbyt wiele przestrzeni prywatnej, trzeba się dzielić, cały czas ktoś nam towarzyszy. Z jednej strony? Mega. Z drugiej? Na razie ciężko się przyzwyczaić. Wiem, że jak na razie nie zdecydowałabym się na przykład na pisanie bloga lub pamiętnika tam. Mam ogromne zaległości we wszystkim po tygodniu. Nie oglądam seriali, nie piszę, nie rysuję, nie robię zdjęć, nie mam jak pójść na spacer z psem. Ale ludzie są po prostu świetni!


Jak na razie to tyle u mnie. Aktualnie nie wierzę w przyjaźnie na całe życie w liceum, ale po weekendzie wrócę z nową energią i zapałem. Tymczasem muszę zmykać, bo czekają mnie urodziny przyjaciółki.
Au revoir!
Ankuuls going out, xx

INSTAGRAM | snap: nusia75

2017/09/01

Spotkałam się z przyjaciółką "od listów"! | 29.08.2017

W poniedziałek pół nocy nie mogłam spać. Przez głowę przemykały mi różne myśli.
A co, jeśli się zgubię, nie wrócę?
Mogą mnie okraść.
Bałam się, że jednak mi się wydawało i Zuzinka tak naprawdę nie przyjedzie.
W końcu zasnęłam. Rano nie potrzebowałam czekać na trzy budziki, które nastawiłam, bo obudziłam się już po pierwszym sygnale. Ze wszystkim się migiem uporałam i po sekundzie, mogłoby się wydawać, czekałam na autobus, którym sama pojechałam do stolicy. Może to nic takiego, ale dla mnie to był wielki krok, bo pierwszy raz wybrałam się w taką podróż samotnie, do miasta, którego kompletnie nie ogarniam.


Na miejscu byłam już około 9:30 (jakimś cudem udało mi się wysiąść w odpowiednim miejscu!), a po niedługiej wędrówce w podziemiach odnalazłam tabliczkę z napisem "Złote tarasy". Mistrz!
Czekałam z niecierpliwością, aż Zuzinka dojedzie na centralny i wreszcie się spotkamy. Zastanawiałam się, jak to może być. Poznamy się? Czy będziemy miały o czym rozmawiać? Może to spotkanie okaże się totalną klapą? Mogło być naprawdę różnie, zwłaszcza że nie rozmawiałyśmy nigdy na żywo, a nasz jedyny kontakt ograniczał się do listów i sporadycznych wiadomości na ich temat na Facebook'u.
Ale moje złe myśli się nie sprawdziły. Rozwiały się zaraz po tym, jak zobaczyłam Zuzinkę. Pokochałam to rude dziewczę od zaraz, jest taką pozytywną osobą! Złapałyśmy wspólny język z szybkością pioruna i nawet okazało się, że smaki mamy podobne (ale ta cebula, której nienawidzę...). Rozmawiało nam się tak super, nadrabiałyśmy zaległości z ostatnich kilku miesięcy, kiedy to akurat nie wymieniałyśmy listów i chodziłyśmy calutki czas (co moje nogi odczuły kolejnego dnia). Nie mam pojęcia, kiedy zleciał mi ten czas... I nadeszło to, czego naprawdę nie lubię - pożegnanie.
Zuzinka była tak kochana, że pojechała ze mną aż na Zachodni i czekała aż odjedzie mój autobus. Gdyby nie ona, o wiele dłużej zeszłoby mi się z dotarciem do domu. Ale to było takie smutne... Obie nie spodziewałyśmy się, że jednak się zobaczymy, a naprawdę nam się udało! To był pierwszy raz, kiedy spotkałam się z kimś poznanym nie na żywo. I było cudownie! Niezapomniany dzień wakacji, idealne zakończenie i mam nadzieję, że znajomość na wieki <3 Nie mogę się doczekać kolejnego spotkania, bo wierzę, że będzie już niedługo :)


insta | snap: nusia75 | mail: likeskylight@gmail.com

Ankuuls going out,
xx


2017/08/07

Girls night


Uwielbiam przebywać z ludźmi, których kocham. Niektórzy z nich są typem takich, jacy mogliby mieszkać w mojej szafie i codziennie z niej wychodzić, by ze mną porozmawiać czy spędzić po prostu leniwie czas. Babskie wieczory takie są: polegają na objadaniu się jedzeniem, którego tak naprawdę nikt nie chce jeść, potem umieraniu i narzekaniu, rozmowach, oglądaniu filmów, rozwalaniu się u kogoś na łóżku i wielu innych rzeczach. Z moją przyjaciółką, ze Zdrajcą mogłabym przebywać cały czas. Ale dzisiaj był nasz ostatni wspólny wieczór, ostatnie wspólne nocowanie, ostatni raz zrobiłam temu leniowi śniadanie. Aż do... kolejnego powrotu.


Czasami myślę, że ciężko jest utrzymywać przyjaźń na odległość. Bo naprawdę tak jest, racja. Lecz kiedy spotykam się ze Zdrajcą, kiedy już ona przyjedzie, wszystkie wątpliwości mijają i za grosz nie chciałabym tracić ludzi tak wspaniałych z mojego życia. I chociaż na co dzień nie mamy możliwości spotkania się, rozmowy twarzą w twarz i wspólnego wygłupiania się, nie mogę niczym w nią rzucić, to kiedy wraca, takie właśnie wieczory, nocowania, wspólnie spędzony czas przypomina mi, dlaczego się przyjaźnimy i dlaczego mimo ponad 1500 km, które nas różnią, my wciąż mamy ze sobą taki dobry kontakt.


Czasami przyjaźń nie jest łatwa, ale na pewno jest warta tego, by ją pielęgnować. [moje wszystkie kwiaty w pokoju umierają, więc nie będę tu robiła metafor o podlewaniu...]

Ankuuls going out,
xx

insta | sarahah (piszcie :)) | snap: nusia75

2017/07/12

Czy wybrałam dobrze?


ALPHAVILLE - FOREVER YOUNG

Byłam dziś w mojej szkole dostarczyć oryginały dokumentów i wniosek o internat. Kiedy rozmawiałam z przemiłą panią, która przypominała mi postać z serialu nabrałam wątpliwości... Co, jeśli ja sobie naprawdę nie poradzę? Obawiam się trochę mojej reakcji na zmiany. Z charakteru jestem raczej dość nieśmiałą osobą i nie potrafię poznać nikogo nowego.
W piątek mamy spotkanie z wychowawcą. Moja mroczna strona (brzmi dramatyczniej) mówi mi, że będę samotnikiem, ale nie słucham jej, bo tego nie chcę. Nie chcę być osobą, która wszystkiego się boi. I chociaż mam wątpliwości i jestem zestresowana tym, co dotyczy szkoły, przebrnę przez to i i postaram się najbardziej jak mogę, aby kolejne lata nie były zmarnowanymi. Wiem, że będę tęknić za moimi znajomymi i przyjaciółmi z gimnazjum, nie będę mogła poświęcać im zbyt wiele czasu i uwagi. Czy spotkam ludzi, których równie mocno będę potrzebować w moim życiu? Czas pokaze, ale liczę na to, że będę miała tego farta.


Chcę i się obawiam. Wiele osób mnie pyta, dlaczego idę na kierunek humanistyczny. Nie lepiej matma? Matma to przyszłość!
Świat się matematyzuje, teraz kierunki ścisłe to doskonałe wyjście!
A ja mowię: a nie lepiej to, co lubię? To, co chciałabym robić?
Babcia mówi: będziesz prawnikiem! Będziesz dentystą! Bądż lekarzem! A ja babci odpowiadam, że będę tym, kim zechcę. [autentycznie]

W dodatku każdy mi powtarza, że poznawanie ludzi jest łatwe. Moja mama dziś powiedziała, że wystarczy podejść, powiedzieć hej, jestem Ola, Kasia, Asia, Zdzisia. Tylko czemu tak naprawdę nie jest? Czasami zastanawiam się, czy to ja jestem tak zamkniętym człowiekiem, czy to świat się zamyka. Chwilami nie mam problemu z poznaniem nikogo nowego, a za chwilę wolę stać sama i nie podchodzić, bo nie wiem jak się za to zabrać. W III gimnajzum na pielgrzymce moje koleżanki i ja zastanawiałyśmy się, jak poznać ludzi. A ja w przypływie nagłej i nie wiadomo skąd wziętej odwagi podeszłam do pierwszych dziewczyn, które przechodziły i się przedstawiłam, moje koleżanki zrobiły to samo. Wstyd mi tylko, że nie pamiętam żadnego imienia i skończyło się tylko na tym, że się przedstawiłyśmy... Może kiedyś będę miała więcej takich przypływów? Będę klifem, o który rozbijają się takie fale. Nie no, wolę być sobą i budować w te wakacje moją pewność siebie i samodzielność. Klifem mogę się stać kiedy indziej - może gdy nie będę miała pomysłu na siebie w przyszłości, po humanistyce :)


I tego się trzymajmy.

Ankuuls going out, xx

insta | snap: nusia75